Long ago...
2007-06-24 01:10:12
Jak sen.
Czemu ja to robię? Dziewczyna ma szesnaście lat. Kocham Dinę, czemu więc zdradzam ją z jakąś smarkulą? Czułem się tak, jakbym nie robił tego po raz pierwszy. To było najgorsze. Nie całuję się z pierwszą lepszą. Dina jest jedyną osobą, którą sobie cenię. Dlatego z nią jestem. Na dobre i na złe. Na zawsze. Dlaczego, więc pocałowałem Emmę? Dziewczyna ładna, nie przeczę, ale to dziecko. Ba… nastolatka, która chce wyraźnie zniszczyć moje małżeństwo.
Zakryłem dłońmi twarz. Chciałem się ukryć przed wszystkim i wszystkimi. Ktoś wszedł do pokoju. Nie słyszałem wprawdzie żadnych kroków, ani skrzypu otwieranych drzwi, ale czułem to. Po prostu to czułem. Spojrzałem w stronę wyjścia. Widziałem zamazaną postać. Moje oczy, nie przyzwyczaiły się jeszcze do tego światła.
- Odejdź! – Krzyknąłem, myśląc że to Emma.
- Kochanie co ci jest? – Odezwał się znajomy głos. Dina, to była ona. Cały się rozpromieniłem. Podbiegła do mnie i przytuliła, czując że coś jest nie tak. Ścisnąłem ją mocno. Miałem wrażenie, że im mocniej ją przytulam, tym mniej jestem winny zdrady.
- Nasz gość powiedział, że źle się czujesz. – Gość? Ja bym ją chętnie zgarnął za nogi i wyrzucił przez okno. – Powiedziała, że niechcący Cię obudziła. – Ta! Niechcący… - nie mogła zasnąć. Porozmawiałam z nią trochę. – Odsunąłem się od niej.
- Gdzie byłaś?
- Nigdzie. – Spojrzała na mnie zdziwiona. - Siedziałam w salonie i oglądałam telewizję. Poprosiłam Emmę żeby przyniosła z mojej szafy jakąś bluzę.
- I przyniosła? – Zapytałem, patrząc na fioletowy sweterek, który miała na sobie. Dina kiwnęła głową. Zaśmiała się, widocznie ją to bawiło. Byłem jednak innego zdania. Dziewczyna weszła tu, nastraszyła jakimś przedmiotem. Nie pamiętam żeby cokolwiek brała z szafy. Nie zabrała nawet tego przedmiotu. Spojrzałem szybko na pościel. Nie było go.
Co tu się dzieję do cholery? Czuję się jakbym występował w kiepskim filmie Sion fiction.
Może to był tylko głupi sen? Może jak głupi siedziałem z przysuniętymi dłońmi do twarzy, przez dobrych pare godzin. A to całe zdarzenie po prostu mi się przyśniło. Innego wytłumaczenia nie widzę.
Dina ułożyła mnie z powrotem do łóżka, jakbym był dzieckiem. Choć w jej pobliżu czuję się jak taki mały chłopiec, który wciąż potrzebuje opieki. Może coś w tym jest. Pragnąłem zamknąć oczy i zapomnieć o wszystkim. Bałem się jednak zasnąć. Jeśli w moich snach pojawiają się małe dziewczynki, które stają się głównym obiektem zdrady mojej żony, to mogłoby to oznaczać tylko jedno. Powinienem zacząć się leczyć! Najlepszym wyjściem byłoby wstanie z łóżka i powędrowanie do salonu gdzie znajdowały się dziewczyny. Tak też zrobiłem.
- Witam panie. – Przywitałem je, a one machnęły na mnie ręką.
- Cicho oglądamy! – Spojrzałem na telewizor, ale tam był tylko czarny ekran.
- Macie nie po kolei w głowie. – Dziewczyny zaczęły się głośno śmiać a ja odszedłem, z uśmiechem na ustach.

skomentuj (6)



2006-06-19 21:32:29
Uwiedzenie.
Obudziłem się w środku nocy. Byłem w łóżku, ubrany i przykryty kołdrą. Otworzyłem oczy i wstałem do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po pokoju. Przede mną stała Emma.
- Emma?! Co ty tu robisz? – Spojrzałem na łóżko, chcąc zobaczyć obok siebie Dinę.
- Diny nie ma. Wyszła. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Patrzyłem na nią i przełknąłem ślinę. Nie wiedziałem czy mi się to śni, czy nie. Czułem się mimo wszystko zagrożony. Dziewczyna usiadła obok mnie, na łóżku.
- Nie przyszłam tu po to, żebyś ślinił się na mój widok. – Skrzywiłem się. – Przestań!
- Dziecko, proszę Cię wyjdź stąd i zawołaj moją Żonę. – Słowo „żona” wypowiedziałem nieco głośniej.
- Mówiłam już, że jej nie ma. Miała ważną sprawę do załatwienia i wróci nad ranem. Kazała mi z Tobą porozmawiać. – Znowu się uśmiechnęła.
- Smarkulo! To jest mój dom i chcę żebyś wyszła!
- Tak naprawdę tego nie chcesz. Przysłała mnie tutaj zamiast tego starca, więc powinieneś się cieszyć. – Przypomniał mi się starszy człowiek, który zawitał do nas nad ranem. – Tym razem spróbuję wyjaśnić ci to jak najlepiej potrafię. – Dokończyła. Nie wiedziałem o co jej chodzi. Czułem się, jakbym spał i nie mógł się obudzić.
- To nie będzie bolało… - Podeszła do mnie z jakimś dziwnym, wyglądającym na niebezpieczne, urządzeniem. Wystraszony, wytrąciłem je z jej ręki. Położyłem ją na łóżku i ścisnąłem mocno ręce dziewczyny, trzymając je nad jej głową.
- Zwariowałaś?! – Krzyknąłem jej prosto w twarz. Emma zaśmiała się. Brzmiało to trochę niedorzecznie. Śmiać się w takim momencie? Wariatka. Tak to słowo, które jako pierwsze przychodzi mi na myśl.
- Przecież ci nic nie zrobię, głuptasie. - Zbliżyła swoją twarz do mojej, ale ją przytrzymałem. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale wydała z siebie tylko śmieszny dźwięk. Trochę jakby chciała się zaśmiać, ale coś by jej nie wyszło. Westchnąłem ciężko rozluźniając uścisk. Myślałem, że wstanie, podniesie przedmiot, którym rzekomo chciała mnie zabić i znów tego spróbuje. Ona jednak nawet nie drgnęła. Leżała wciąż na łóżku, z założonymi rękoma za głową i wpatrywała się w sufit. Rzuciłem na nią okiem. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była taka spokojna , piękna i.. „Nie! Jest za młoda!” Potrząsnąłem głową. Dziewczynka spojrzała na mnie i powtórnie się zaśmiała.
- Śmieszysz mnie. – Wstała do pozycji siedzącej i oplotła moją szyję ramieniem. Drgnąłem, ale nic nie zrobiłem. Zbliżyła swoją twarz do mojej. „Kocham Dinę, kocham Dinę…” Nie ważne co sobie powtarzałem, nie mogłem się ruszyć. Pozwalałem jej bawić się sobą. Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale poczułem jej usta, muskające moje. Po chwili się całowaliśmy. „Dina” – przeszło mi przez myśl i odepchnąłem Emmę.
- Wyjdź! – Wrzasnąłem i wskazałem dłonią na drzwi wyjściowe. Panienka, chichocząc wyszła, grzecznie z pokoju.

skomentuj (6)



2006-04-03 13:46:56
Dziwna dziewczynka.
Wychodząc z pracy na ogół miałem zadowoloną minę, byłem zmęczony, ale szczęśliwy. Teraz jednak byłem lekko zdołowany. Tak jakoś mnie natknęło. Zawsze kiedy Dina była w takim stanie, stawałem się rozdrażniony, mówiąc „ cholera! Jak to możliwe? Przecież przed chwilą byłaś pełna życia!”. Myślałem, że znowu zrobiłem coś nie tak, a ona nie chce mnie o tym powiadomić. A kiedy ja jestem zdołowany, pragnę tylko, aby wszyscy ludzie zniknęli. Żebym został sam i mógł spokojnie rozmyślać nad swoim życiem. Ale kiedy tylko zaczynam myśleć, ktoś podchodzi do mnie i pyta, czy nic mi się nie stało.
- Nic panu nie jest? – Pomyślałem od razu, że powinienem napisać o tym książkę. Ale zaintrygował mnie głos owej osoby. Spojrzałem w górę. Dziewczyna, nie mająca więcej niż szesnaście lat uśmiechała się do mnie szeroko. – Na pewno?
- Tak! – Odpowiedziałem szorstko.
- Spokojnie… Po prostu uznałam za dziwne, kiedy dorosły, dostojnie ubrany mężczyzna, rozkłada swoje cztery litery na chodniku. – Dopiero wtedy zauważyłem, że wcale nie usiadłem na ławce. Raczej obok niej. Zrobiło mi się głupio, chciałem aby dziewczyna sobie poszła, ale ona wciąż nade mną stała. Miała cudowny uśmiech, mogła nim zbajerować niejednego chłopaka. Wstałem z chodnika, próbowałem otrzepać się z kurzu, ale dość niezdarnie mi to wychodziło.
- Pomóc? – Zapytała. A ja mimo, że potrzebowałem pomocy, odpowiedziałem:
- Nie! – Jeszcze czego, żeby jakaś małolata mnie obmacywała. – Nie powinnaś być może w szkole? Albo chociaż na obiedzie u mamy? – Nastolatka roześmiała się. Nie wiedziałem o co jej chodzi.
- Jestem Emma, choć my już się znamy… Dina zaprosiła mnie na obiad. – Byłem oszołomiony. Pierwszy raz widziałem tę dziewczynkę na oczy!

Nie chciałem z nią iść, ale co miałem robić? Przecież nie powiem, że jest wariatką i chcę żeby się ode mnie odczepiła! Szczególnie, że zna Dinę. Dlatego szliśmy przez jakiś w milczeniu. W końcu spojrzałem na nią. Miała taką radosną twarz, uśmiechała się do każdego przechodnia. Nie potrafiłbym być tak optymistycznie nastawiony do świata. Patrząc na nią myślałem o… AUU!
- Cha, cha… Musisz bardziej uważać. – Zaśmiała się. Nie był to jednak śmiech złośliwy, tylko serdeczny. Pogładziłem głowę ręką czując, że rośnie mi guz. Emma wzięła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Czułem się jakbym był o te parę lat młodszy, jakby znów miał szesnaście lat i szedł z Diną na spacer.
- Myślisz, że Dina zrobi coś dobrego? – Zapytała niespodziewanie.
- Dlaczego mówisz mi na „ty”? Zdajesz sobie sprawę z tego, że Cię nie znam? – Nie przeszkadzało mi, że nie zwraca się do mnie na ‘per pan’, ale nie chciałem rozwijać tematu obiadu.
- Jak chcesz. – Stwierdziła i machnęła ręką. – Widzę Cię już setny raz, a ty wciąż mnie nie poznajesz, to smutne.
- Śledzisz mnie?! – Może to ona włamała się do mnie z trzy dni temu i ukradła mi moją cenną piłeczkę pingpongową. Albo co gorsza jest wariatką, która mnie prześladuje i ma do mnie słabość. Chyba oglądam za wiele filmów.
Złapałem się na mimice twarzy, kiedy myślałem o filmach. Najwyraźniej Emma również to zauważyła, bo patrzyła na mnie oszołomiona. Mimo to, nie zwalnialiśmy kroku, byliśmy już blisko domu i chciałem mieć to wszystko za sobą. Im dłużej, ta dziewczynka się nie odzywała, tym bardziej było mi głupio. W końcu doszliśmy do drzwi wejściowych. Otworzyłem ją i wpuściłem Emmę do środka. Dina podeszła do nas, by zobaczyć kto przyszedł, wystawiłem ręce myśląc, że wtuli się we mnie, jak zawsze. Ona jednak wolała przytulać obcą dziewczynkę.
- Jak dobrze Cię widzieć. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak mi Cię brakowało. – ściskając się odeszły do salonu.
- Miło… - Powiedziałem sam do siebie i opuściłem ręce. Czy mi się wydaję, czy ta małolata próbuje mi odebrać żonę? Nie, to głupie.

Rozebrałem się i poszedłem do dziewczyn. Zdążyły już zrobić sobie żarty z mojej osoby. Próbowałem nie zwracać na to uwagi.
- To kiedy obiad? – Zapytałem w nadziei, że będzie to coś stosownego.
- Obiad? Och, zupełnie zapomniałam. – Uśmiechnęła się, jakby to, że głoduję było zabawne. – Jeśli chcesz, możemy zamówić pizzę.
- Ta Twoja pizza, to „zjadacz energii”. – Powiedziałem i usiadłem ciężko, na kanapie. Dina, jakby nie słyszała tego co mówię, podeszła do telefonu i wykręciła numer do pizzerii. Zrobiłem skwaszoną minę i spojrzałem na Emmę, która zerkając na mnie zachichotała.
- To nie jest śmieszne – Powiedziałem i sam się zaśmiałem. – Wracam po ciężkim dniu w pracy, a wy zamawiacie sobie pizzę! Pewnie jeszcze nie zdążę zjeść ani kawałka.
Po paru minutach, przeszedł pan z wielkim, tekturowym, płaskim pudełkiem. Odebrałem je od niego, sprawdzając, czy jest odpowiednia zawartość i dałem mu napiwek. Zapach jedzenia ogarnął cały pokój i we trójkę, nie opanowując się, zjedliśmy wszystko, co do okruszka. Poczułem się zmęczony i zasnąłem. Wiedziałem, że tak będzie!

skomentuj (1)



2006-01-01 23:04:22
Kłótnia.
Kiedy nastał ranek, poczułem słodki zapach soku pomarańczowego. Spojrzałem na stojącą przede mną tackę ze śniadaniem. Nie miałem jednak ochoty na jedzenie. Pragnąłem wstać i na poważnie porozmawiać z Diną. Jednak kiedy wszedłem do kuchni, okazało się, że Dina zaprosiła gościa. Był to starszy mężczyzna, który przyjaźnie się do mnie uśmiechnął i pragnął abym się do nich przysiadł. Grzecznie odmówiłem. Wyszedłem z kuchni, aby się ubrać. Wciągnąłem na siebie jeansy i byle jaką koszulkę z krótkim rękawkiem. Wypiłem parę łyków soku i zostawiając tackę na łóżku, wróciłem z powrotem do kuchni.
- Dina kochanie, może zaprosisz swojego gościa do salonu? Mamy tam naprawdę piękne meble. Może usiądzie pan na sofie, a żona przygotuję dla pana kawę.
- Ja naprawdę dziękuję, przyszedłem tu tylko po… - Nie chciałem wysłuchiwać jego wymówek, wiec zmusiłem się do uśmiechu i powiedziałem
- Ależ nalegam. – Tak naciskając na ostatnie słowo, że trudno było odmówić. Staruszek wstał od stołu i ruszył w stronę salonu. Kiedy odszedł nieco dalej, spojrzałem ostro na Dinę.
- Jak mogłaś zaprosić tu kogoś bez wcześniejszego powiadomienia mnie?!
- Przepraszam, ale chciałam żebyś wysłuchał co ten pan ma ci do powiedzenia. I błagam! Nie zważając na to, co powie, nie śmiej się i nie próbuj wyrzucić go z mieszkania! Jest to już starszy człowiek i nie chciałabym go narażać na Twoje wybuchy.
- To było trzeba go nie zapraszać…- Burknąłem.
- Słucham?- Zapytała, podając mi kawę, abym zaniósł ją naszemu gościu.
- Nie nic…- Odpowiedziałem. Zupełnie jak mały dzieciak, który po pyskowaniu rodzicom, próbuje się wymigać od odpowiedzi.
Nadąsany wszedłem do pokoju. Staruszek siedział przy stoliczku do kawy i zagłębiał w nim wzrok.
- Proszę. – Powiedziałem, stawiając filiżankę na szklanym pulpicie. – To o czym chciał pan ze mną pogadać?
- Proszę usiądź. – Machnął ręką, zupełnie jakby był u siebie, a ja byłbym jego gościem. – Chciałbym żebyś mi nie przerywał i wysłuchał mnie do końca. – „a co to za reguły, do cholery!” – Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co stanie się po Twojej śmierci?
- Ależ oczywiście, ale do czego Pan zmierza?
- Otóż, ja wiem co się dzieję. – „ta jasne, a ja jestem kobietą” – Życie składa się z dwóch światów. Jeden jest prawdziwy. Drugi różni się od pierwszego drobnostkami.
- Ja bardzo pana przepraszam. Jednak ja niedługo wychodzę do pracy i…
- Mówiłem ci żebyś mi nie przerywał! – Tego było za wiele. Nie dość, że wprasza mi się do mieszkania, to jeszcze ma czelność nadawać mi głupie reguły i wrzeszczeć w moim własnym domu!
- Co do za wrzaski do cholery?! Poświęcam swój prywatny czas, żeby słuchać jakichś durnych opowieści…
- To sama prawda synu…
- To, że zaraz wychodzę? Owszem! – Trzaskając drzwiami, wyszedłem. Po drodze do łazienki spotkałem Dinę. Była wściekła, a ja nie chcąc słuchać jej głupiego „przecież prosiłam!”, wrzasnąłem tylko:
- Jest Twój!- i zamknąłem się w łazience.


Skończywszy się szykować, wyjrzałem ostrożnie zza drzwi, sprawdzając, czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Nie chciałem się natknąć na niespodziewany atak Diny.
Nie było jej. Wziąłem swoje rzeczy i przemknąłem na palcach przez korytarz. Pech chciał, że żona siedziała na łóżku z książką w ręku. Po czym mogłem wnioskować, że zaraz mnie nią trzepnie po głowie, a to naprawdę nie jest miłe uczucie!
- Widzę, że pan „Wybuchowiec”, wreszcie się przyszykował!
- Prawie. – Nacisnąłem.
- Prawie, to ja się spaliłam ze wstydu! Jak mogłeś! Przecież Cię prosiłam! To jest taki miły staruszek..
- Oho… zaczyna się…- Skrzywiłem usta i zacząłem grzebać w szafie, szukając mojej najlepszej koszuli. W tym momencie Dina zerwała się z łóżka i energicznie do mnie podeszła. Miałem szczęście, że odłożyła tę książkę, bo byłem pewien, że ma ochotę rzucić ją we mnie, a nie w łóżko. Przygotowałem się na trzaśnięcie w policzek, jak to zwykła robić, zmrużając oczy. Ona jednak tylko przede mną stanęła i… rozpłakała się. Nerwy jej puściły. Przytuliłem ją i przeprosiłem. Nienawidzę, jak ktoś płacze, czuje się wtedy taki bezradny.
- Twoja koszula…
- Co z nią? – Zapytałem ze strachem.
- Ja ją.. uprasowałam, wisi na przedpokoju. – Ulżyło mi i jednocześnie byłem jej bardzo wdzięczny. Ubrałem się, założyłem marynarkę, w dłoń wsunąłem teczkę i mogłem ruszać do pracy.
- Jesteś mi coś winien.
- Wiem kochanie. – Odpowiedziałem, mając na myśli piękne róże.
- Zaproszę go jutro. Masz z nim na spokojnie porozmawiać. – „Cholera!”

skomentuj (2)



2005-11-19 17:16:20
Wstęp
- Wszystko zaczęło się od wypadku samochodowego – mówiłem z przejęciem. Dina, kobieta mojego życia, kręciła się po kuchni szukając kubka i jednocześnie słuchając mojej opowieści. – Jechałem z tobą, nie mogłem oderwać od ciebie wzroku i wtedy ciężarówka wyjechała zza rogu. Wrzeszczałaś, a ja tylko zamknąłem oczy czekając na naszą śmierć. Kiedy je otworzyłem po raz pierwszy wszędzie było widać krew.
- A kiedy otworzyłeś je po raz drugi? – Zapytała.
- W szpitalu, zaraz przed tym jak umarłem. Czekałem na ciebie, ale ty… - Zawahałem się z dokończeniem, ale uświadomiłem sobie, że to był tylko głupi sen. - …ty nie chciałaś do mnie wrócić. Chciałaś żyć dalej.
- Nie powiedziałam tak! – Zaczęła się wypierać jakby to zdarzyło się naprawdę.
- Kochanie… - Pocałowałem ją w policzek. Uśmiechnęła się i wróciła do zajęć.

Wieczorem położyłem się do łóżka. Włączyłem kanał z nocnymi bajkami. Kocham te kreskówki, choć Dina uważa je za dziecinne. Zaczął się „Schooby”, zawsze po cichu zaczynam nucić słowa piosenki.
- Kochanie, przepraszam cię najmocniej, ale czy mógłbyś wyłączyć te głupotki? – Zrobiłem szczenięcą minkę. Zawsze, kiedy to robiłem, Dina uśmiechała się, mówiła, że jestem wielkim dzieckiem i lądowaliśmy razem w łóżku. Ale tym razem się na to nie zapowiadało. Di, jak lubiłem na nią mówić, była czymś zmartwiona.
- Źle się czujesz? – Zapytałem. Pokiwała przecząco głową.
- Jutro postaram się załatwić Tobie rozmowę. Chciałabym żebyśmy już zawsze byli razem. Rozumiesz?
- Nie. – Byłem zszokowany jej słowami. Jej wypowiedzi zawsze były jasne, tłumaczyła wszystko dokładnie.
- W takim razie, dowiesz się w swoim czasie. – Nie rozumiałem, dlaczego tak nagle zmarkotniała.

skomentuj (2)



2005-11-12 14:57:44
7) To już koniec.
Dziewczyna była w szoku, jednak tak jak i poprzednio został jej rozsądek. Chciała uciec przez okno, jednak pamiętała o utknięciu w drzwiach. Odwróciła się energicznie, kiedy tylko usłyszała jakiś hałas przy martwym ciele swojego ojca. Zobaczyła tam swojego brata, Patryka.
- Zabiłeś go ! – Powiedziała, cała się trzęsąc.
- Albo ty, albo on… - Dziewczyna rzuciła się w ramiona brata i zaczęła płakać. On głaskał ją po głowie. W końcu oboje uświadomili sobie, że stoją objęci obok trupa. W każdej chwili mógł przyjść jakiś mocarny osobnik w czarnym płaszczu i zabić ich oboje. Chłopak wysunął głowę przez drzwi, wiedział, ze ucieczka przez okno jest niebezpieczna. Nikogo nie było w pobliżu, więc wziął siostrę za rękę i zaczęli biec korytarzem. Żadne z nich się nie odezwało. Karen leciały jeszcze łzy po policzku. Czuła jakby jej szare komórki pomniejszają się, mając ochotę wybuchnąć i sprawić, że stałaby się wariatką. W pewnej chwili chłopak przestał biec. Dziewczyna przetarła oczy i otworzyła je szeroko. Przed nią ukazała się postać, jej starszego brata trzymającego pistolet skierowany prosto na nich.
- Zostaw ją braciszku, to może nie wybije całej naszej rodziny! – Patryk zawahał się. Wiedział już, że członek jego rodziny jest w mafii, mógł zrobić wszystko. Jednak kochał Karen mocniej niż siostrę i nie chciał jej teraz opuszczać. Ona była taka bezradna, nie miała o niczym pojęcia. Gdyby pozwolili jej żyć dalej, nawet nie przypuszczałaby, że jest córką szefa mafii. Żyła by spokojnie, nikomu nie zawadzając. Ale urodziła się tutaj i uznali, ze tutaj muszą ją zabić. Patryk nie wiele myśląc skręcił wraz z Karen w prawo. Biegli dłuższą chwilę unikając strzałów, dopóty dopóki nie ugrzęźli nad gigantyczną skałą. Karen zaczęła nerwowo dyszeć, chłopak stanął nad urwiskiem i odwrócił się do brata, który powoli dobiegał do skały.
- I po co ci to było? Straciłeś tylko swoje nędzne życie, a ona i tak zginie. – George, czy Walec, jak go nazywali, wycelował lufą w przybraną siostrę. Karen poczuła, że to już koniec, kiedy usłyszała nadbiegających ochroniarzy ojca. Strzelili w Georga. Chopak upadł na kolana, głowę złożył na stopach Karen. Ale ona go nie odsunęła. Stojąc na urwisku, przykucnęła i przytuliła jego głowę. Patryk podszedł do nich. I właśnie wtedy to się stało. George ledwo żywy, podniósł się na wysokość piersi Karen i strzelił. Teraz wszystko się działo, jak w zwolnionym tempie. Dziewczyna tracąc równowagę stanęła nogą na pustej powierzchni. Ręką odruchowo złapała za nogę brata i oboje wpadli do „dziury bez dna”.
Ochroniarze zebrali się wokół skały, na której leżały dwa martwe ciała, trzymające się za ręce.

skomentuj (3)



2005-09-21 19:30:58
6) Prawdziwy ojciec.
Chciał ją gdzieś przenieść, ale Babo-chłop na to nie pozwoliła.
- Spalimy ja tutaj – Powiedziała. – Nie możemy czekać, aż tamci nas zabiją. – Gestem ręki nakazała rzucić Karen na podłogę. Facet, który miał ją na rękach, wyciągnął broń, celując w kobietę.
- Za późno – powiedział i wystrzelił. Teraz widać już było ludzi celujących w dwie osoby.
Karen otworzyła oczy uświadamiając sobie, że wciąż żyje i oddycha tym nieświeżym powietrzem. Ale w każdej chwili mogła powtórnie zginąć. Facet wyciągnął rękę do góry i jakaś linka wciągnęła go w sufit.
- Jak w Jamesie Bondzie... – Karen z trudem wypowiadała słowa. Mężczyzna jednak milczał. Dopiero kiedy odbiegli dalej i strzały ucichły, powiedział.
- To wszystko było zaplanowane. Wciągnęli mnie koledzy, którzy najprawdopodobniej teraz walczą w nierównej bitwie. – Karen spojrzała na niego pytająco i zamknęła spowrotem oczy…

Kiedy znów je otworzyła, widziała już tylko mężczyzną pochylającego się nad nią. Otwierała i zamykała powieki. Nie wiedziała gdzie jest i o co tym wszystkim ludziom chodzi. Była zwyczajną nastolatką, a teraz ?
- Musisz natychmiast wstać ! – Mężczyzna był bardzo stanowczy. Wziął dziewczynę za ramiona, Karen jednak nie mogła stanąć na własnych nogach. Pierwszy raz czuła swój ciężar ciała. – Uspokój się ! To nie był prawdziwy nabój, wiem że bolało, ale na pewno nie aż tak żebyś nie mogła nawet stanąć ! - Wzbierała w nim wściekłość.
- Nie mogę ! – Protestowała. W pewnej chwili zza jej pleców wyłonił się następny mężczyzna.
- Dziewczyno, przestań i natychmiast się przebieraj ! – Wyciągnął rękę w której trzymał piękną suknię, w drugiej ręce miał niesamowicie piękne klejnoty. Karen zgarnęła głaskała nią twarz. Wtedy uświadomiła sobie, ze stoi o własnych siłach. Jednak widząc uśmiechy mężczyzn milczała, chowając twarz w materiale. Oboje wyszli zostawiając ją samą. Przebrała się, miała potargane włosy, jednak wyglądały jak artystyczna wizja fryzjera. Zaczęła się przeglądać, falować suknią i obracać się jakby była w tańcu. Wreszcie wyjrzała zza drzwi, nikogo nie widziała, więc postanowiła zostać i poczekać aż ktoś po nią przyjdzie. Usiadła na jednym z krzesełek. Poczekała jeszcze chwilę, aż usłyszała wrzeszczącą osobę.
- … cholera ! Jak w ogóle śmieliście zostawić ją samą! – Słychać było także przeprosiny. A kiedy owa osoba wtargnęła przez próg z hukiem, dziewczyna zadrżała i aż podskoczyła na krześle.
- Witaj. – Powiedział spokojnie i zbliżył się do niej. Nie wiedziała czy ma wstać, czy raczej zostać na krześle. Postanowiła siedzieć i czekać na rozwinięcie się akcji.
- Na wysypisku ją zostawiliście, czy co ?! Żadnych manier !
- Wypraszam sobie. – Sprzeciwiła się.
- Pyskata… - Powiedział z uśmiechem na twarzy. Mężczyzna był nieco otyły, z łysinką na głowie, mimo to wyglądał bardzo dostojnie. Facet, który uratował Karen z opresji burknął coś „ma to po tatusiu”, ale nikt nie śmiał ani zaśmiać się, ani zaprzeczyć. – Powiedz moje dziecko… - Cięgnął dalej. – Ile masz już lat ?
- Nic panu do tego ile mam lat. Powinien mi pan raczej wyjaśnić tą całą sytuację. Czuję się dość nie komfortowo, mimo tej pięknej sukni.
- Podoba ci się ? Specjalnie ją wybrałem dla ciebie. – Dotknął materiału, Karen odsunęła się. – Kochanie, ja wiem że to dość skomplikowane.
- Kochanie ?! – Nie życzyła sobie by ktoś się tak do niej zwracał, a szczególnie obcy mężczyzna.
- Jesteś moją córką, Lea. – Dziewczyna nie mogła uwierzyć. Modliła się o przesłyszenie. – Jesteśmy zaproszeni na bankiet. Oboje. Powstało zagrożenie ze strony Twojego brata. Dlatego postanowiłem przygarnąć Cię do siebie z powrotem.
- Nie możesz ! Nie chcę cię, nie jestem przedmiotem, nie możesz się mną bawić jak zabawką ! – Wrzeszczała, zerwała z trudem naszyjnik i rzuciła nim o podłogę, z taką siłą, że niektóre z jego klejnocików rozbiły się.
- Masz rację ! A więc potraktuję cię jak zwykłego człowieka ! – Wycelował w nią spluwę.
- No co ty tatusie… Córeczkę chcesz zabić ? – Wystraszona, przeczyła samej sobie… Ojciec zaśmiał się.
- Nie ma już dla ciebie żadnej szansy. – Mężczyźni wyszli, nie mogli patrzec kiedy szef zabija swoich bliskich. Słychać było strzał i krzyk dziewczyny. Jednak osoba leżąca na podłodze nie przypominała Karen, ale grubszego, siwiejącego faceta.

skomentuj (6)